Euro nie jest szczepionką na kryzys PDF Drukuj Email
Autor Janusz Szewczak   
Poniedziałek, 01. 03. 2010 09:34
Przeciwnicy euro mówią coraz głośniej: kto nie ma euro, ten łatwiej przezwycięży skutki kryzysu. Wielu analityków i ekonomistów, w przeciwieństwie do ekonomistów-lobbystów przez ostatnie lata ostrzegało, że strefa euro może nawet się rozpaść, a z pewnością będzie przechodzić poważne turbulencje, ponieważ słabsze, peryferyjne kraje Eurolandu nie wytrzymają wyścigu, presji i konkurencji. Będą też coraz częściej zastanawiać się, czy nie uciec z nabierającej wody łodzi pod nazwą strefa euro. Nie spodziewano się tej skali kryzysu gospodarczego i jego skutków. Na nic zdały się ostrzeżenia, że wiele z tych krajów, które otrzymały euro nieco na wyrost, na zachętę, często nie przywiązywało zbyt wielkiej wagi do kryteriów z Mastricht, które należało spełnić, by do strefy euro wejść. Wiele z tych krajów nie było przygotowanych na wspólną walutę. Nie zapłaciły one wpisowego, choć w elitarnym klubie się znalazły. Dodatkowo jeszcze oszukiwały przy wchodzeniu do tego klubu. Grecja, wchodząc do strefy euro, miała już dług publiczny na poziomie 100 proc. Włosi też nie przejmowali się zbytnio prawdziwością niektórych danych statystycznych.

Euro nie jest lekiem na całe zło
Jak dziś widać, choćby na przykładzie Irlandii czy Grecji, a wkrótce pewnie i na przykładzie Portugalii czy Hiszpanii, a nie wykluczone, że i Włoch, nie mówiąc już o krajach nadbałtyckich, których waluty były sztywno powiązane z euro, nie tylko one same nie uchroniły się przed kilkunastoprocentowymi deficytami sektora finansów publicznych, przekroczeniem 60-proc. progu zadłużenia ani załamaniem swojego PKB od kilku do kilkunastu nawet proc., ale też napytały sporo kłopotów pozostałym członkom Eurolandu i Unii Europejskiej. Nikt nie traktował bowiem poważnie ostrzeżeń, że silna waluta euro w razie kryzysu może być przysłowiowym gwoździem do trumny, może paraliżować i wiązać ręce. Chwilowo pożar ugaszono, ale ognisko zapalne dalej tli się w najlepsze i pożar może wybuchnąć na nowo ze zdwojoną siłą w całkiem innym miejscu Europy.

Grecki koń trojański
Grecja już dziś nazywana jest koniem trojańskim Europy i strefy euro. Według niemieckiego dziennika „Bild-Zeitung”, 55 proc. Niemców uważa, że Grecja powinna zostać zmuszona do opuszczenia strefy euro. Blisko 70 proc. niemieckich respondentów uważa, że Unia Europejska nie powinna udzielać Grecji pomocy. Podobnie też myślą przedstawiciele Szwecji, Austrii, czy Holandii. Bardzo ostre stanowisko w tej sprawie zaprezentował również premier Luksemburga J. C. Juncker. Problem w tym, że w traktacie z Lizbony zapisano zasadę solidarności wewnątrzunijnej, ale co najważniejsze, to to, że niemieckie, jak i europejskie banki i fundusze mają wielkie ekspozycje na greckie papiery wartościowe, w tym rządowe greckie obligacje w astronomicznej kwocie nawet kilkuset mld dolarów. A wielkie długi to kłopot wierzyciela. Nie do końca jednak wiadomo, czy bardziej za obecne tarapaty Irlandii, Grecji, Hiszpanii, krajów nadbałtyckich odpowiadają beztroska fiskalna, kreatywna księgowość, brak dyscypliny finansowej, życie ponad stan, boom kredytowy, czy jak twierdzą coraz liczniejsi – przedwczesne przyjęcie wspólnej waluty przez kraje wyraźnie odstające od wysokiego poziomu konkurencyjności, produktywności, i innowacyjności, zamożności i dobrego zorganizowania czołówki Eurolandu. Zafundowanie niektórym krajom UE euro było zdecydowanie przedwczesnym eksperymentem, za który w dobie kryzysu przyjdzie słono zapłacić. Na razie w przypadku Grecji to 25 mld euro, ale to początek. Ci, którzy dzięki euro mieli gonić czołówkę beletonu, wyraźnie spowalniają ten wyścig.

Dewaluacja lekarstwem na kryzys
Coś ewidentnie pęka w szwach. Pożary mogą wybuchnąć na nowo, a spekulanci doskonale czują krew potencjalnych ofiar. Zwłaszcza jeśli do Grecji miałyby wkrótce dołączyć kłopoty Hiszpanii, Portugalii czy Włoch. Również takie małe kraje jak Słowenia czy Słowacja będą miały problemy z gospodarką, zwłaszcza jeśli nastąpi druga faza kryzysu, koniunktura w Eurolandzie będzie dalej tak mizerna, zaś przemysł motoryzacyjny pozostanie w letargu. Dla wielu krajów dumnych posiadaczy euro, którymi tak bardzo zachwycają się polskie media, kończy się dekada życia na kredyt, dekada wysokich wzrostów i spokoju społecznego. Zaczyna się okres wysokich deficytów, stagnacji gospodarczej, drastycznych cięć budżetowych, oszczędności, wyrzeczeń oraz niepokojów społecznych. Kraje nadbałtyckie już to przećwiczyły w 2009 r. Za pomoc MFW zapłacili zwykli obywatele i to olbrzymią cenę. Teraz czeka to peryferyjne kraje Eurolandu, choć tu społeczeństwa mogą być mniej spolegliwe i wyrozumiałe. Grecja dopiero rozważa zwrócenie się o pomoc do MFW. Gdyby kraje te nie miały euro – walutę, którą jak widać nie jest łatwo porzucić, z pewnością w tej czy innej formie zdewaluowałyby swe waluty, by szybciej wyjść z kryzysu. Tańsza waluta, tańsze towary, większa konkurencyjność, większy eksport, lepszy bilans płatniczy, niższy deficyt, więcej miejsc pracy, większe dochody budżetowe itd. Wystarczy popatrzeć dziś na Chiny, Brazylię, a nawet Szwajcarię. Sama obecność w strefie euro niczego tak naprawdę nie gwarantuje, z pewnością nie jest szczepionką przeciwko kryzysowi gospodarczemu. Wprost przeciwnie, w razie kłopotów wiąże ręce, paraliżuje decyzje, zdaje na łaskę i niełaskę najsilniejszych w Unii. Mimo że Greckie długi stają się bólem głowy europejskich banków i ich rządów, żaden automat tu nie działa. Unijny pakiet stabilizacji i rozwoju, który miał zdyscyplinować kraje Eurolandu, okazał się fikcją. Teraz konieczne będą olbrzymie transfery finansowe do peryferyjnych krajów Eurolandu. Do Grecji na początek 25 mld euro, ale będą potrzebne jeszcze większe kwoty w przypadku kłopotów Hiszpanii, Portugalii, Irlandii, a mogą przecież dołączyć kolejne kraje. Tylko nikt nie chce płacić, bo wszędzie pustki w kasie, a końca kryzysu nie widać. Unia Europejska będzie musiała wcześniej czy później stworzyć specjalny fundusz pomocowy – instytucję europejskiego MFW, czyli łodzi ratunkowej dla eurorozbitków. Obecne europejskie egoizmyi opory w sięgnięciu do własnej kieszeni w celu ratowania eurosojuszników muszą być jak najszybciej przezwyciężone, by nie wywołać efektu domina. Im później to nastąpi, tym bardziej będzie to podważać wiarygodność strefy euro.

To będzie nas słono kosztować
Samo wsparcie polityczne i deklaracje solidarności nie zapewnią ani Grecji ani Hiszpanii, czy Irlandii łatwego przejścia przez kryzys. W razie pogłębienia się problemów gospodarczych w tych krajach rykoszetem uderzy to w niemieckie, francuskie, brytyjskie, czy włoskie banki. A zainwestowały one w greckie obligacje i banki ponad 250 mld dolarów. Sami Niemcy kupili greckie obligacje aż za 43 mld euro. Ale kolejne setki mld euro zainwestowano w obligacje w Irlandii, Hiszpanii, Portugalii i Włoch. Polska też sprzedaje na potęgę swoje papiery wartościowe. Pamiętajmy o tym. Greckie banki kupiły rządowe obligacje za około 110 mld euro. Aż dziw, że to wszystko jeszcze się trzyma, cała ta pajęczyna utkana z półprawd i wirtualnych aktywów. To będzie słono kosztowało nie tylko rządy Eurolandu, ale i europejskie banki, z których wiele działa przecież również w Polsce. Nie będzie to obojętne dla ceny naszych polskich obligacji, ich dostępności i ceny kapitału na rynku europejskim. Jeśli pojawią się euroobligacje dla Grecji, które o dziwo polski rząd poparł, ucierpią nasze możliwości realizacji potrzeb pożyczkowych, a są one na ten rok ogromne (ok. 196 mld zł). Grecy skutecznie przez lata oszukiwali Komisję Europejską, jak i Eurostat. I nie tylko oni, w czym skutecznie pomagały im amerykańskie banki inwestycyjne Goldman CHS, JP Morgan, obniżając bieżącą wartość greckiego zadłużenia przy pomocy swapów walutowych. Polska tez ćwiczy patent swapów walutowych od grudnia 2009 r. na dużą skalę. Ciekawe, swoją drogą, kto pomagał nam z tymi tzw. quasi-opcjami walutowymi w wydaniu polskiego fiskusa, na które przeznaczono pod koniec 2009 r. blisko 3 mld euro. Grecy robili to w znacznie mniejszych transzach, a i tak się wydało. Ciekawe, czy polskiemu Ministerstwu Finansów pomagały te same banki, które wcześniej tak ostro spekulowały na polskiej walucie.

Czujność bardzo wskazana
To bardzo ryzykowne przedsięwzięcie. Gra w „miliard rano, miliard wieczorem” toczy się dalej. Ciekawe, kto będzie następną ofiarą. Grecja już zapłaciła wysoką cenę. Komisja Europejska wyciągnęła wnioski z Greckiej tragedii i przewiduje zwiększenie kontroli i audytu narodowych danych statystycznych. Istnieją bowiem coraz bardziej uzasadnione obawy, że nie tylko Grecy oszukiwali. Wiarygodność statystyk i danych makroekonomicznych niektórych krajów UE budzi zaniepokojenie Komisji Europejskiej i Eurostatu. Prekursorem w tej dziedzinie w Europie Środkowo-Wschodniej były Węgry za premiera Gurscyaniego. Wygląda na to, że mają godnych naśladowców. Głębokie i gwałtowne rewizje planów gospodarczych i wskaźników makroekonomicznych są coraz częstsze w Unii Europejskiej. Niestety, dotyczy to także po części i nas. Co innego raportujemy do Unii Europejskiej (wzrost PKB o 3 proc. w planie konwergencji), co innego wpisujemy do budżetu (1,2 proc. wzrostu PKB). Deklarujemy wzrost deficytu finansów publicznych na 2009 r. na poziomie 3,6 proc., wykonujemy 7,2 proc. Deficyt budżetu na 2010 r. ogłaszamy na poziomie 52 mld zł, a wyniesie, włącznie z tym, co poukrywano i wypchnięto poza budżet, około 90 mld zł. Euro mieliśmy przyjąć w 2011 r., teraz podobno przyjmiemy w 2015 r. Deficyt finansów publicznych mamy zbić w ciągu zaledwie jednego roku z 2011 na 2012 r. z 6,9 proc. na 2,9 proc., choć wydatki rosną, a wpływy maleją, a reguła wydatkowa to reguła wirtualna, obejmująca zaledwie 1/8 całości wydatków. Kreatywna księgowość wcześniej, czy później się zemści.

Gdzie sens, gdzie logika?
Obecne problemy Grecji, Hiszpanii, Irlandii powinny dać naszym decydentom wiele do myślenia. Nie ma najmniejszego sensu przyjmowanie euro, dopóki nie będziemy mieli pewności, że polska gospodarka jest w pełni konkurencyjna, innowacyjna, zaś poziom zamożności, oszczędności i poziom wynagrodzeń przynajmniej zbliżony do krajów Eurolandu, a nie trzy-, czterokrotnie niższy. Argumenty o tańszych urlopach zagranicznych i braku ryzyka kursowego są wręcz dziecinne. Gdybyśmy mieli już euro, bylibyśmy w sytuacji jeszcze gorszej niż Irlandia czy Grecja. Prymusi mogą, jak widać, bardzo szybko spaść do oślej ławki. Wtedy nie byłaby możliwa ani deprecjacja ani dewaluacja naszej waluty, co bardzo osłabiło pierwsze uderzenie kryzysu w 2009 r. Ale kryzys się jeszcze nie skończył. Druga faza jest możliwa. Czekają nas niemiłe niespodzianki. Słusznie absolutnie prezes NPB przestrzega polskie władze przed kreatywną księgowością, za którą bardzo wysoką cenę zapłaciły zarówno Węgry, jak i Grecja. Wcześniej polski minister finansów J. V. Rostowski odcinał się od problemów naszych przyjaciół Węgrów. Teraz deklaruje pomoc dla Grecji. To gwałtowna zmiana stanowiska, bo jak twierdzi sam minister finansów, podobno sami możemy być w potrzebie. Może Ministerstwo Finansów wie już coś, czego my jeszcze nie wiemy? Może zielona wyspa zaczyna zmieniać kolor na czerwony i tylko daltoniści tego jeszcze nie dostrzegają?

Autor jest głównym ekonomistą SKOK
Komentarze (2)add comment

gregor said:

Zgadzam się w 99%. A może by tak bez euro? Czy jest to możliwe w sytuacji Polski?
marzec 05, 2010

adam said:

Oczywiście, jestem ciekaw gdzie są dzisiaj CI wielcy ekonomiści na czele z Panem Petru, zachwalający przyjęcie euro. Nasz Tusk również zapomniał o tym , że nie tak dawno mówił , ze najdalej do 2012 będzie w Polsce euro. Mam nadzieję, że z niego lepszy historyk niż ekonomista.
marzec 07, 2010

Napisz Komentarz
zmniejsz | powiększ

busy
 

Mamy wrażenie, że burmistrz Piaseczna
Józef Zalewski jest obrażony na mieszkańców Józefosławia, bo na niego nie głosowali -  mówi jedna z mieszkanek osiedla przy
ul. Wenus. Nic nie chce dla nas zrobić – dodaje - Drogi nie wyremontowane, zabić się można na tych dziurach. Ciągle spotykamy się
z lekceważeniem, odmowami, brakiem zainteresowania ze strony burmistrza. Jesteśmy już zdesperowani a nasza gehenna trwa od ośmiu miesięcy i końca nie widać.
Nic nie chce dla nas zrobić – dodaje - Drogi nie wyremontowane, zabić się można na tych dziurach. Ciągle spotykamy się z lekceważeniem, odmowami, brakiem zainteresowania ze strony burmistrza. Jesteśmy już zdesperowani a nasza gehenna trwa od ośmiu miesięcy i końca nie widać.
Czytaj więcej

Jedną z istotnych dat w historii współczesnego kryzysu jest 15 września 2008 r., kiedy doszło do upadłości jednego z największych banków inwestycyjnych – Lehman Brothers. Czytaj więcej

Balansują na granicy bezpieczeństwa i wytrzymałości własnego sprzętu. Bowiem właśnie wtedy adrenaliny jest najwięcej. Nie ma żadnego strachu, liczy się tylko wynik. Czytaj więcej

Porcelana Lenoxa znajduje się w ponad 300 ambasadach amerykańskich i licznych rezydencjach rządowych. Projekty manufaktury weszły do kolekcji Meropolitan Museum of Art w Nowym Jorku. Czytaj więcej