Analizy
Złoto czy akcje? PDF Drukuj Email
Analizy
Autor Rafał Lerski   
Piątek, 11. 12. 2009 15:12
Złoto czy akcje?
Historycznie złoto przynosiło większe zyski niż inwestycje w akcje. Od początku lat 70. średnia roczna stopa zwrotu z akcji wynosi bowiem 11,6 proc., a z inwestycji w złoto 12,4 proc. Wyższy zysk był jednak obarczony znacznym ryzykiem ze względu na bardzo dużą zmienność cen złota. Zaletą złota jest niska korelacja z innymi rodzajami aktywów, dlatego warto mieć je w swoim portfelu.
Rafał Lerski – W ostatnich tygodniach inwestorów ogarnęła prawdziwa gorączka złota. Powszechnie oczekiwana wysoka inflacja, która ma być spowodowana „drukowaniem” pieniędzy w wielu krajach (a przede wszystkim w USA) czy też obserwowana już teraz wyraźna tendencja deprecjacji dolara doprowadziły do przekroczenia ważnej bariery cenowej 1 000 USD za uncję złota i dalszej dynamicznej zwyżki żółtego metalu. Jak to zwykle bywa, w takich momentach rodzą się spekulacje dotyczące docelowych poziomów trendu wzrostowego. Karierę robią też okrągłe liczby i obecnie najczęściej wspominanym poziomem jest 2 000 USD za uncję.
Inwestycja w złoto dla pesymistów
Przed podjęciem decyzji inwestycyjnej warto jednak zastanowić się nad fundamentalnymi przesłankami prognoz o dalszym dynamicznym wzroście cen oraz przeanalizować, jak kształtowała się historycznie atrakcyjność inwestycji w złoto, szczególnie na tle innej ważnej klasy aktywów finansowych, czyli akcji. Zresztą kursy akcji, podobnie jak ceny złota, pną się w tym roku wyraźnie w górę. Z tym, że akcje kupują głównie inwestorzy widzący przyszłość światowej gospodarki na różowo, a po stronie popytu na złoto stoją przeważnie pesymiści. Złoto, do 1971 r. z krótkimi przerwami, było podstawą systemów walutowych głównych gospodarek światowych. Funkcjonujący od 1944-1971 r. system z Bretton Woods, zakładał przywiązanie światowych walut do dolara. Stany Zjednoczone z kolei zapewniały wymienialność swojej waluty na złoto według kursu 35 USD za uncję. Dopiero po upadku systemu z Bretton Woods, spowodowanego zawieszeniem wymienialności dolara na złoto, stało się ono pełnoprawnym towarem, a nie odpowiednikiem waluty. Mimo więc, że jesteśmy w posiadaniu znacznie starszych danych na temat kursów złota, badanie historycznych stóp zwrotu ma sens tak naprawdę dopiero od 1971 roku. Najlepszym do porównań reprezentantem rynku akcji wydaje się być Standard & Poor’s 500 Total Return. Różni się on od „normalnego” S&P 500 tym, że uwzględnia zyski z wszystkich wypłacanych przez spółki dywidend oraz ich reinwestycję.
Złoto bardziej ryzykowne niż akcje?
Patrząc wstecz, od początku lat 70-tych, złoto zanotowało większą średnią stopę zwrotu w skali roku niż akcje. Wynosiła ona 12,4 proc. dla inwestycji w złoto i 11,6 proc. dla inwestycji w akcje. Jednak, co ciekawe, znacząco wyższe było także ryzyko inwestowania w złoto. Zmienność kursów mierzona odchyleniem standardowym wyniosła aż 29,5 proc. w przypadku złota, w porównaniu do 18,3 proc. w przypadku akcji. Stosunek zysku do ryzyka był więc znacznie bardziej korzystny dla akcji. Zarówno za przewagę wielkości średnich stóp zwrotu, jak i zmienności obliczanej w tym okresie, wydaje się odpowiadać głównie dekada lat 70. Złoto, długo utrzymywane sztucznie na poziomie 35 USD za uncję, w dekadzie wysokiej inflacji, szoków naftowych czy inwazji ZSRR na Afganistan, wystrzeliło jak z procy, osiągając poziom aż 850 USD w styczniu 1980 r. Następne dwie dekady XX wieku należały już zdecydowanie do akcji, natomiast notowania złota przynosiły ujemne stopy zwrotu. Zmniejszał się jednocześnie poziom zmienności kursów. Sytuacja znowu odwróciła się diametralnie od początku bieżącego wieku. Portfele inwestorów, którzy po 2000 r. obstawiali żółty kruszec zamiast akcji ,osiągnęły zdecydowanie wyższe wartości. Dodatkowym atutem dla preferujących inwestowanie w złoto było znaczne obniżenie zmienności jego kursów. Przy okazji warto zauważyć, że w badanych okresach, nawet w czasie najgorszego dla inwestowania w akcje, jakim jest mijająca powoli obecna dekada, te papiery wartościowe nie zanotowały ujemnych średnich stóp zwrotu. W przypadku złota zarówno lata 80., jak i 90. przyniosły natomiast ujemne średnie stopy zwrotu.
Czy obecnie nadal warto inwestować w złoto?
Pozostaje pytanie: czy tendencja rozpoczęta od początku bieżącego wieku będzie trwać także w następnych latach? Czy warto nadal inwestować w złoto? Należałoby w tym miejscu przeanalizować przesłanki fundamentalne, które według zwolenników inwestowania w złoto mają im zapewnić wysokie wzrosty kursu.
Inflacja, a ceny złota
Zwolennicy inwestowania w złoto prognozują znaczny wzrost inflacji mający nastąpić w niedalekiej przyszłości. Dosyć powszechne już od jakiegoś czasu oczekiwania znacznego wzrostu inflacji nie znajdują jednak jak na razie odzwierciedlenia w rzeczywistości. Co więcej, mogą nie zmaterializować się także w przyszłości. Powszechne przekonanie o nieuchronności znacznego przyśpieszenia wzrostu cen w USA i w innych krajach, gdzie znacząco wzrasta podaż pieniądza, wynika zapewne z klasycznej interpretacji ilościowej teorii pieniądza. Jednak klasyczna interpretacja, która dobrze sprawdza się w normalnych warunkach funkcjonowania gospodarki, zakłada, że szybkość obiegu pieniądza oraz liczba realizowanych transakcji są w przybliżeniu wartościami stałymi. Kryzys spowodował jednak znaczny spadek tych wartości i nawet jeżeli ostatnio ich poziomy wzrosły, to nie na tyle, aby te spadki zrekompensować. Dodatkowo obecnie PKB w USA (w wielu innych krajach zresztą też) jest znacznie poniżej potencjalnego poziomu, co w połączeniu ze wzrostem wydajności pracy nie powinno kreować presji inflacyjnej. Warto w tym miejscu także wspomnieć, że akcje też stanowią dobrą ochronę przed znaczną inflacją, chociaż w mniejszym stopniu niż złoto, ponieważ przedsiębiorstwa, tylko w części mogą przenieść koszty inflacji na nabywców wytwarzanych przez nie wyrobów.
Spadek wartości dolara powinien być kompensowany wzrostem kursu złota
Kolejnym koronnym argumentem przemawiającym za inwestowaniem w złoto jest spadek wartości dolara. Złoto wyceniane jest w dolarach, więc spadek jego wartości powinien być wręcz skompensowany wzrostem kursu metalu. Oczywiście trudno z tą zależnością polemizować. Warto jednak pamiętać, że złoto samo w sobie nie tworzy nowej wartości, w taki sposób, w jaki tworzą wartość dodaną przedsiębiorstwa emitujące akcje. Jeżeli największą przesłanką zachęcającą do inwestowania w złoto miałby być spodziewany spadek wartości dolara, to można przecież zainwestować w akcje krajów posługujących się inną walutą.
Popyt na złoto znacząco przewyższa podaż
Za wzrostem kursu złota w najbliższych latach najbardziej jednak do wyobraźni przemawia znaczna przewaga popytu nad podażą. O ile produkcja złota wynosi niecałe 2,5 tys. ton rocznie, popyt znacznie przewyższa 3 tys. ton (w 2008 r. sięgnął aż 3,8 tys. ton). Dodatkowo całkiem przekonująca jest hipoteza o chęci do zwiększania dywersyfikacji światowych rezerw banków centralnych. Obecnie rezerwy banków centralnych i MFW utrzymywane w złocie wynoszą ok. 30 tys. ton. Co prawda nie wszystkie banki centralne będą skupować złoto. Dodatkowo też po stronie podażowej stoi ostatnio MFW. Można jednak przypuszczać, że tutaj też popyt będzie mimo wszystko w najbliższym czasie górował nad podażą. Ostatnio aż 200 ton w jednej transakcji kupiły od MFW Indie, zapowiadając chęć kupna pozostałej część z zadeklarowanych do sprzedaży 403 ton.
Warto jednakże przyjrzeć się strukturze popytu. Popyt na złoto (kreowany przez podmioty inne niż banki centralne) tylko w nieco ponad 10 proc. pochodzi z sektora przemysłu innego niż jubilerski. Przemysł jubilerski to niecałe 60 proc. popytu. Resztę stanowi detaliczny popyt inwestycyjny. Wydaje się, że te dwa największe źródła popytu (a szczególnie detaliczny popyt inwestycyjny) mogą w przyszłości przejawiać skłonności do znacznej zmienności. Jeżeli chodzi o banki centralne, to niewykluczone jest też, że ich preferencje także mogą mieć tendencje do diametralnych zmian.
Niska korelacja złota z innymi aktywami jest jego olbrzymią zaletą
Powyższe dywagacje mogą sugerować, że jestem przeciwnikiem inwestowania w złoto. Nic bardziej mylnego. To, co rzeczywiście najbardziej przemawia za uzupełnieniem portfela inwestycyjnego o złoto, to tak naprawdę walory dywersyfikacyjne szlachetnego kruszcu. Długoterminowi inwestorzy powinni zainwestować część portfela w złoto głównie z racji jego niskiej korelacji z innymi rodzajami aktywów finansowych. W przypadku akcji amerykańskich współczynnik korelacji liczony według rocznych stóp z okresu od 1971 r. przybrał nawet wartość ujemną (-0,22). Dodanie takiego aktywa do portfela inwestycyjnego doprowadza do znacznego polepszenia stosunku oczekiwanego zysku do ponoszonego ryzyka. Przestrzegałbym jedynie przed stawianiem wszystkiego na jedną kartę i to w oparciu o przesłanki, które są już właściwie wiedzą niemal powszechną. Takie podejście do inwestowania najczęściej nie popłaca.
Autor jest licencjonowanym doradcą inwestycyjnym Expandera
Historycznie złoto przynosiło większe zyski niż inwestycje w akcje. Od początku lat 70. średnia roczna stopa zwrotu z akcji wynosi bowiem 11,6 proc., a z inwestycji w złoto 12,4 proc. Wyższy zysk był jednak obarczony znacznym ryzykiem ze względu na bardzo dużą zmienność cen złota. Zaletą złota jest niska korelacja z innymi rodzajami aktywów, dlatego warto mieć je w swoim portfelu.
Więcej…
 
Czy stać nas na Unię Europejską? PDF Drukuj Email
Analizy
Autor dr Cezary Mech   
Piątek, 11. 12. 2009 15:00
Czy stać nas na Unię Europejską?
Patrząc na zmieniający się świat, na dążenia do adaptacji zwłaszcza w aspekcie mikro, idące w stronę wsparcia witalności przedsiębiorstw, działania Polski w tym kierunku są nieprawidłowe. Może się okazać, że nasza bierność i popełniane błędy, przyczynią się do tego, że nie będzie nas stać na sprostanie wymogom i standardom Unii Europejskiej. A także, że jeśli nie będziemy walczyli o swoje interesy, generowali miejsc pracy, żyjąc pod presją oszczędności, dojdzie do sytuacji, w której staniemy się niewypłacalni pod nawałem nowych dyrektyw, którym będziemy poddawani.
dr Cezary Mech – Zaledwie parę dni po formalnym utworzeniu Unii Europejskiej, które nastąpiło 1 grudnia, jesteśmy konfrontowani z wyzwaniem, czy stać nas na Unię. Pani minister E. Kopacz, która z sukcesem przeciwstawia się różnym naciskom lobbystycznym ze strony koncernów farmaceutycznych, musi obecnie zmierzyć się z presją na przyjęcie dyrektywy podważającej cały sens reformy zdrowia, która nastąpiła w Polsce na początku tego wieku. Ideą tej formy była konieczność dostosowania kosztowności zabiegów medycznych do dochodów, które budżet państwa jest w stanie przeznaczyć na świadczenia zdrowotne. Obecnie jesteśmy pod coraz większą presją starzenia się społeczeństwa, przechodzenia na emeryturę roczników powojennego wyżu demograficznego, które potrzebują czterokrotnie większych świadczeń medycznych niż młode pokolenie. Przyczynia się to do znaczącego wzrostu nakładów, jak i kosztowności świadczeń medycznych. Okazało się, że koszty świadczeń medycznych wzrosły w ostatnim czasie aż o 15, 3 proc., a składki w NFZ-cie wzrosły o 8,2 proc., a w KRUS-ie 6,1 proc. Trend, związany tylko ze starzeniem się społeczeństwa, będzie powodował coraz większy wzrost kosztów. Zwiększona liczba osób w starszym wieku będzie ogromnie oddziaływała na finansowanie służby zdrowia. Jest to zagrożenie dla finansów publicznych, które i tak są w bardzo ciężkim stanie, o czym świadczy samo zadłużenie Skarbu Państwa. Wzrośnie ono od 2007 r. do końca 2010 r. z 501,5 mld zł do 700,4 mld zł.
Na europejskim poziomie
Mimo olbrzymich wyzwań stojących po stronie NFZ-tu prezydencja hiszpańska planuje wprowadzenie uprawnienia, które pozwoli każdemu z nas skorzystać ze służby zdrowia w Europie. Rachunki za te zabiegi będą wpływały do ministerstwa. W sytuacji, gdy ministerstwa nie stać na finansowanie wszystkich zabiegów w kraju, okazuje się, że będzie musiało zapłacić znacznie więcej za granicą. O ile będziemy mogli mieć świadczenia na wysokim, europejskim poziomie, to jednak nie będziemy mieli z czego tych świadczeń sfinansować, ponieważ charakter UE nie jest redystrybutywny. Oznacza to, że budżet UE nie ponosi kosztów za służbę zdrowia, jak i za emerytury; a dążenie do przerzucenia kosztów dostosowań na państwa UE prowadzi do tego, że biedniejsze kraje stają przed ogromnymi problemami finansowymi oraz przed niemożnością finansowania innych istotnych prorozwojowych działań mających na celu przyspieszenie procesów konwergencji. Brak działań prorozwojowych generujących miejsca pracy przyczyni się do nadmiernego podatkowego obciążenia obywateli, które będzie na tyle wysokie, że aby żyć na wyższym poziomie, konieczna będzie emigracja. W związku z tym kondycja finansowa państw, w których społeczeństwo starzeje się, a nie ma młodych pokoleń, będzie ulegała dalszemu pogorszeniu. W ramach Unii Europejskiej, Polska będzie musiała spełniać rozmaite standardy, które wiążą się z coraz to nowymi olbrzymimi nakładami finansowymi. Może się okazać, że nasz kraj, który nie ma środków na lokalne potrzeby, będzie musiał ponosić koszty inwestycji, na które go nie stać.
Będzie drożej
W dyskusji o gazach cieplarnianych, wyzwaniem dla Polski staje się dążenie do przyłączenia do grupy krajów bogatych, przestawiających się na alternatywne źródła energii. O ile minister E. Kopacz sprawnie i skutecznie radzi sobie z lobbingiem instytucji farmaceutycznych, o tyle dążenie do redukcji gazów cieplarnianych nie jest mocną stroną Polski. Trzeba pamiętać, że poddanie się presji na redukcję emisji będzie oznaczało konieczność przestawienia całej polskiej energetyki na inne źródła zasilania. Będziemy też musieli pokrywać wyższe rachunki za energię elektryczną. Zapomina się, że Polska ma wielkie możliwości, jeśli chodzi o produkcję taniej energii opartej na węglu brunatnym i kamiennym. Nowe standardy niedopasowane do sytuacji Polski spowodują, że skorzystanie z naturalnych przewag, jakie posiadamy, stanie się nieopłacalne, a koszty mimo wszystko będziemy musieli ponosić. Również ostatnia prywatyzacja Polskiej Grupy Energetycznej była wielkim błędem. Oznaczała sprzedaż 41 proc. produkcji i 29 proc. udziału w dystrybucji polskiej energii elektrycznej oraz pozbycie się możliwości wykorzystania przewagi konkurencyjnej w postaci posiadania złóż węgla brunatnego i kamiennego. W przypadku prywatyzacji energetyki stają się one bezwartościowe, ze względu na brak zainteresowania państwa w przeciwdziałaniu naciskom lobby klimatycznego. Przyznaje to nawet w artykule z 7 grudnia „Frankfurter Allgemeine Zeitung” pisząc, że opór Polski przed likwidacją swojego sektora paliwowo-energetycznego jest spowodowany istnieniem „«lobby węglowego» złożonego z państwowych koncernów”. Ustępstwa względem państw bogatych będą oznaczały konieczność poniesienia olbrzymich nakładów inwestycyjnych, utratę bezpieczeństwa energetycznego i zakupy energii po zawyżonych cenach wypychających miejsca pracy z Polski. Ten proces już się rozpoczął w postaci wzrostu cen energii w Polsce, nawet w okresie spadku cen surowców energetycznych.
Emerytury europejskie, imigranci z Afryki, a podatki krajowe
Wyzwaniem może okazać się także wymóg, który się pojawi, zagwarantowania minimalnych świadczeń emerytalnych, bez zapewnienia źródeł ich pokrycia. Już na ten moment na kontach emerytalnych ZUS ma zobowiązania rzędu 1,7 bln zł., które są nieporównywalne z oficjalnym długiem państwowym i wynoszą 130 proc. polskiego PKB. Same składki, które odkładaliśmy na kontach emerytalnych w ZUS-ie
od początku reformy emerytalnej, mają już wartość 500 mld zł. Z policzonych 7 mln osób, ze wszystkich 11 mln uprawnionych do kapitału emerytalnego, zobowiązania na rachunkach wynoszą około 1,2 bln zł, a więc są niewiele mniejsze od równoważności polskiego PKB. Przy czym te wyliczenia nie uwzględniają wszystkich zobowiązań ZUS-u, tj. nie uwzględniają zobowiązań wobec tych osób, które nie weszły do zreformowanego systemu emerytalnego, a które pracują, jak i tych, które obecnie otrzymują emerytury z płaconych przez nas składek. Zobowiązania emerytalne są więc olbrzymie i wielobilionowe. Jest to forma piramidy finansowej, gdzie te zobowiązania rosną skokowo w momencie, gdy liczba osób płacących składki będzie coraz mniejsza w związku z załamaniem demograficznym. Wyliczone zobowiązania ZUS-u nie uwzględniają zobowiązań wobec tych osób, które mają przywileje emerytalne, tj. pracowników służb mundurowych, jak i sędziów, i prokuratorów. Wysyłając żołnierzy do Afganistanu, przyznajemy im jednocześnie przywileje emerytalne, nie finansując kosztów świadczeń, do których się zobowiązujemy. Skala wydatków, które ponosimy z tego tytułu, mimo że ich nawet nie rejestrujemy, jest porównywalna ze 100-proc. wielkością funduszu płac.
Nie wspieramy także polityki prorodzinnej. A przecież jest to ostatni moment, kiedy osoby z wyżu solidarnościowego mogą mieć dzieci i doprowadzić do zastępowalności pokoleń. W najbliższym czasie okaże się, że to pokolenie nie będzie mogło już mieć dzieci, a pokolenie z niżu nie będzie w stanie odwrócić powstałej piramidy finansowo-demograficznej. Obecnie brak jest dyrektyw, dbających o to, by w przyszłości były środki i podatnicy, którzy sfinansują świadczenia nie tylko emerytalne, ale i zdrowotne. Może się jednak okazać, że w sytuacji, gdy pokolenie z wyżu się zestarzeje i nie będzie mogło mieć dzieci, to pojawi się dyrektywa europejska nakazująca wspieranie polityki prorodzinnej. Polska znajdzie się wtedy pod kolejną olbrzymią presją finansową, ponieważ będzie musiała przeznaczać olbrzymie środki na sprowadzanie i zaadoptowanie młodych imigrantów z Afryki i Bliskiego Wschodu, którzy będą mogli mieć dzieci, po to by sprostać wymogom UE.
Dług publiczny narasta, a wyprzedaż aktywów trwa
Ministerstwo Finansów ma olbrzymie problemy, spowodowane narastaniem długu publicznego. Deficyt budżetu państwa od 2007 r. do 2010 r. wzrośnie czterokrotnie z 16 mld do 66 mld zł. ZUS, w związku z finansowaniem świadczeń emerytalnych dla pokolenia wyżu powojennego przechodzącego obecnie na emeryturę, jest zmuszony zaciągać coraz większe i droższe długi. O ile w pierwszych 10 miesiącach tego roku wpływy ze składek w ZUS-ie wzrosły o 3 mld zł, to wydatki o 11 mld zł. Jednoczesne pozbywanie się przez państwo aktywów, w tym przedsiębiorstw infrastrukturalnych o charakterze monopolistycznym, m.in. w obszarze rynku kapitałowego, to duży błąd. Sprywatyzowanie Giełdy Papierów Wartościowych doprowadzi do faktycznej likwidacji polskiego rynku kapitałowego i przeniesienia obrotu akcjami i obligacjami za granicę. Prywatyzacja GPW przez giełdę i instytucje finansowe będzie tylko drogim etapem, który zakończy się wcześniej czy później sprzedażą inwestorowi strategicznemu. Sprzedaż giełdy inwestorowi strategicznemu doprowadzi do sytuacji, w której GPW stanie się jedynie „końcówką” od komputera u inwestora strategicznego. Polskie podmioty gospodarcze obecnie mają również możliwość emisji akcji na obcych giełdach, jednak ze względu na koszty i wymagania w pozyskaniu kapitału nie korzystają z tego mechanizmu. Giełda powinna być miejscem jak najtańszego spotkania krajowych oszczędności z polskimi pomysłami produktywnego ich wykorzystania, w celu tworzenia miejsc pracy w Polsce. Każda forma prywatyzacji doprowadzi do podwyższenia kosztów kapitału i tym samym utraty opłacalności dla wielu krajowych inwestycji. Dla oszczędzających w OFE będzie oznaczała niższe emerytury z filara kapitałowego. Polski nie stać na prywatyzację GPW tylko po to, żeby w następstwie nieefektywności na rynku kapitałowym w przyszłości budować nową giełdę, która mogłaby konkurować z giełdą aktualnie prywatyzowaną. Proponowany plan prywatyzacji jest kontynuacją dotychczasowej polityki prywatyzacyjnej sprzedaży polskich aktywów za wszelką cenę, bez patrzenia na olbrzymie bilionowe zobowiązanie ZUS-u i służby zdrowia, która doprowadziła nie tylko do wyprzedaży majątku narodowego, ale również jej wynikiem jest utrata innowacyjności i możliwości kreowania gospodarki opartej o wiedzę.
Polska pod prąd
Patrząc na zmieniający się świat, na dążenia do adaptacji zwłaszcza w aspekcie mikro, idące w kierunku wsparcia witalności przedsiębiorstw na tyle, by były istotnymi czynnikami rozwoju, a przy tym absorbującymi zatrudnienie, działania Polski w tym kierunku są nieprawidłowe. Może się okazać, że nasza bierność i popełniane błędy przyczynią się do tego, że nie będzie nas stać na sprostanie wymogom i standardom Unii Europejskiej. A także, że jeśli nie będziemy walczyli o swoje interesy, generowali miejsc pracy, żyjąc pod presją oszczędności, dojdzie do sytuacji, w której staniemy się niewypłacalni pod nawałem nowych dyrektyw, którym będziemy poddawani.
Doprowadzi to do tego, że polscy pracownicy zamiast płacić podatki i składki w naszym kraju, będą zmuszeni do poszukiwań miejsc pracy w innych zrestrukturyzowanych instytucjach gospodarczych naszych partnerów za granicą.
Powyższy tekst stanowi wyraz osobistych opinii i poglądów autora i nie odzwierciedla stanowiska instytucji, z którą jest związany zawodowo.
Autor jest byłym prezesem UNFE i podsekretarzem stanu w Ministerstwie Finansów
Patrząc na zmieniający się świat, na dążenia do adaptacji zwłaszcza w aspekcie mikro, idące w stronę wsparcia witalności przedsiębiorstw, działania Polski w tym kierunku są nieprawidłowe. Może się okazać, że nasza bierność i popełniane błędy, przyczynią się do tego, że nie będzie nas stać na sprostanie wymogom i standardom Unii Europejskiej. A także, że jeśli nie będziemy walczyli o swoje interesy, generowali miejsc pracy, żyjąc pod presją oszczędności, dojdzie do sytuacji, w której staniemy się niewypłacalni pod nawałem nowych dyrektyw, którym będziemy poddawani.
Więcej…
 
Transakcje z bankami PDF Drukuj Email
Analizy
Autor Agnieszka Wasilewska-Semail   
Piątek, 11. 12. 2009 14:59
Transakcje z bankami
Stopniowy wzrost gospodarczy poprawiający płynność przedsiębiorstw będzie sprzyjał w kolejnych latach dalszemu lokowaniu środków przedsiębiorstw na depozytach bankowych. Konieczność finansowania długu publicznego oraz spodziewany spadek środków bieżących w sektorze publicznym powinny prowadzić do wzrostu zainteresowania alternatywnymi produktami inwestycyjnymi, w tym w szczególności obligacjami i bonami skarbowymi.
Agnieszka Wasilewska-Semail – Skutkiem globalnego kryzysu finansowego, który odnotowaliśmy w IV kwartale 2008 r. i w pierwszym półroczu 2009 r., było ogólne spowolnienie gospodarcze. Spadek perspektyw wzrostu popytu zarówno wewnętrznego, jak i zewnętrznego spowodował znaczące wyhamowanie inwestycji w sektorze przedsiębiorstw i w sektorze publicznym. Sytuację dodatkowo pogarszał słabnący w tym okresie kurs złotego. Bessa, jak i spadek kursu walutowego ograniczyły bieżącą płynność podmiotów korporacyjnych, zaś konieczność finansowania portfeli aktywów banków, których centrale zagraniczne zostały dotknięte kryzysem, doprowadziła w konsekwencji do podjęcia przez banki ostrej rywalizacji pomiędzy sobą o pozyskanie z rynku jak największej liczby depozytów zarówno w segmencie korporacyjnym, jak i detalicznym. W konsekwencji stawki depozytów oferowanych przez banki znacznie przewyższały poziom stawek rynkowych.
Wyhamowanie gospodarcze w tym roku oraz zachowawcze prognozy analityków w zakresie wzrostu ekonomicznego w I poł. roku 2010 skutkowały zainteresowaniem przedsiębiorstw ofertami depozytowymi banków. Dodatkowo, spadające w dość szybkim tempie stopy rynkowe, szczególnie w II kw. br., powodowały, że podmioty posiadające zakumulowane środki z poprzednich okresów wykazywały znaczną skłonność do korzystania z produktów depozytowych na dłuższe okresy (nawet 3-6 miesięcy). Końcówka III kw. br. przyniosła znaczną stabilizację na rynku depozytów korporacyjnych. Terminy depozytów negocjowanych wskazują, że przedsiębiorstwa wracają do normalnych cyklów rozliczeniowych, co skutkuje fluktuacjami w zakresie bieżącej płynności w okresach dekadowych. Depozyty korporacyjne standardowo prezentują strukturę krótkoterminową (ponad połowa depozytów negocjowanych na rynku korporacyjnym to depozyty do 1 miesiąca), co spowodowane jest cyklami płatniczymi, m.in. w zakresie płatności płacowych, ZUS oraz podatków. Dodatkowo, symptomem stabilizacji rynku depozytowego jest stopniowy powrót stawek depozytów negocjowanych do poziomów rynkowych.
Taki stan rzeczy w dłuższej perspektywie będzie prowadził do poprawy kosztów płynności na rynku bankowym, a co za tym idzie kosztów finansowania działalności gospodarczej.
Alternatywą obligacje i bony skarbowe
Prognozy na II poł. 2010 r. przewidują poprawę koniunktury, która powinna przełożyć się na wzrost zainteresowania inwestycjami. Rozwój inwestycji powinien być też stymulowany dzięki perspektywie zbliżającego się EURO 2012.
W konsekwencji, spodziewane jest ożywienie zarówno w sektorze przedsiębiorstw, jak i sektorze gospodarstw domowych, z racji poprawy na rynku pracy. Stopniowy wzrost ekonomiczny powinien, zdaniem analityków, skutkować 8-10 proc. wzrostem na rynku depozytów podmiotów gospodarczych.
Stopniowy wzrost gospodarczy poprawiający płynność przedsiębiorstw będzie sprzyjał w kolejnych latach dalszemu lokowaniu ich środków na depozytach bankowych. Z drugiej strony, konieczność finansowania długu publicznego oraz spodziewany spadek środków bieżących w sektorze publicznym, powinny prowadzić do wzrostu zainteresowania alternatywnymi produktami inwestycyjnymi, w tym w szczególności obligacjami i bonami skarbowymi. Pomimo tego, że lokaty negocjowane pozostaną zapewne dominującym produktem depozytowym na rynku korporacyjnym, to tendencje rozwoju platform bankowości elektronicznej będą powodować wzrost zainteresowania klientów nowoczesnymi kanałami zawierania transakcji z bankami.
Autorka jest dyrektorem zarządzającym w Pionie Bankowości Transakcyjnej PKO Bank Polski
Stopniowy wzrost gospodarczy poprawiający płynność przedsiębiorstw będzie sprzyjał w kolejnych latach dalszemu lokowaniu środków przedsiębiorstw na depozytach bankowych. Konieczność finansowania długu publicznego oraz spodziewany spadek środków bieżących w sektorze publicznym powinny prowadzić do wzrostu zainteresowania alternatywnymi produktami inwestycyjnymi, w tym w szczególności obligacjami i bonami skarbowymi.
Więcej…
 
Polski konsument dostaje zadyszki PDF Drukuj Email
Analizy
Autor Janusz Szewczak   
Piątek, 11. 12. 2009 14:58
Polski konsument dostaje zadyszki
Czy polski konsument w 2010 r. podtrzyma nasz wzrost gospodarczy, kupując dalej na potęgę? Czy nadal chętnie będzie się zadłużał w tym celu? Czy da radę spłacić to, co już pożyczył? 1,5-mln Polaków ma już dziś z tym bardzo poważny problem. Czy polscy eksporterzy wytrzymają dalsze spekulacyjne umocnienie złotego? Tych pytań i wątpliwości w końcu 2009 r. jest jak widać sporo.
Janusz Szewczak – Czy zbiorowy bohater walki z kryzysem – polski konsument – wytrwa w wysiłku podtrzymywania na niewielkim plusie polskiego wzrostu gospodarczego również w 2010 r.? Wzrost PKB w III kw. br. o 1,7 proc., po odsezonowaniu 1 proc., w głównej mierze zawdzięczamy zakupom dokonywanym przez polskich klientów i konsumentów, którzy zamiast wyjechać na wakacje za granicę, pozostali w kraju i tu wydali swoje pieniądze. Po drugie, ten niewielki wzrost PKB zawdzięczamy zakupom samochodów, dokonywanym w Polsce przez naszych sąsiadów: Litwinów, Niemców, Słowaków, którzy kupili ok. 50 tys. nowych aut, bo mieli dopłaty rządowe, a złoty znacząco się osłabiał od lata tego roku. Ot, i prawie cała tajemnica naszych rzekomych ogromnych sukcesów gospodarczych. Trzeba też pamiętać, że aktualne wskaźniki wzrostu PKB odnosimy do bardzo złych miesięcy ubiegłego roku. Pewien udział w tym, że PKB w 2009 r. zakończymy na poziomie 1-1,5 proc. na plusie, ma również kontrybucja eksportu netto, co oznacza, że polski eksport spadał o połowę wolniej, niż spadał import. Problem w tym, czy ten rzekomo polski eksport rzeczywiście jest polski czy tylko pochodzi z Polski. I choć nadal jesteśmy przedstawiani jako zielona wyspa w morzu europejskiej czerwieni, mamienie nas tym, że naszą gospodarkę czeka kolejny dobry rok i nieustające pasmo sukcesów w 2010 r., a za euro będziemy płacić grosze, bo tylko 3,45 zł, to przysłowiowy Kowalski ma coraz więcej wątpliwości. Kowalski nie czuje chyba tego samego, co czuje MF J. V. Rostowski, którego rozpiera duma z sukcesu i 1,5-proc. wzrostu PKB; zwykły obywatel nie czuje końca kryzysu i coraz poważniej obawia się najbliższego roku, co pokazują dobitnie badania sondażowe. Niektórzy wręcz traktują zapewnienia MF o końcu kryzysu i recesji w Polsce w 2009 r. jako ponury żart. Według badań CNS OBOP z października 2009 r. zdecydowana większość ankietowanych Polaków uważa, że sprawy w kraju zmierzają w złym kierunku, a gospodarka przeżywa kryzys; 62 proc. Polaków uważa, że sprawy w Polsce idą w złym kierunku, 67 proc. uważa, że polska gospodarka przeżywa kryzys, z czego blisko 20 proc. jest zdania, że jest to kryzys głęboki. Również nie wszyscy polscy przedsiębiorcy są tak hurraoptymistyczni; niektórzy widzą poważne zagrożenia na horyzoncie przyszłego roku. Dlaczego odczucia społeczne rozmijają się z rządowym PR-em i propagandą sukcesu?
Hulaj dusza, piekła nie ma
Czyżby zwykli zjadacze chleba mieli lepszy barometr niż bankowi analitycy, a tym bardziej sam minister finansów? Czyżby trafniej, a już na pewno znacznie uczciwiej potrafili ocenić nadchodzącą przyszłość i zdarzenia gospodarczo-finansowe? Wyśmiewano się u nas z amerykańskich banków, że dawały kredyty hipoteczne każdemu Amerykaninowi nawet na przysłowiowy puls, co zaowocowało gigantycznymi kłopotami i kryzysem bankowym. Coś podobnego, choć o znacznie mniejszej skali, miało miejsce i u nas. Banki komercyjne, działające w Polsce, w latach 2007-2008 na potęgę udzielały kredytów detalicznych, tzw. szybkich kredytów, kredytów konsumpcyjnych, ratalnych, gotówkowych praktycznie wszystkim chętnym, okazującym dowód osobisty i zaświadczenia o wysokości zarobków. Zarabiając 1 500 zł brutto, można było z powodzeniem dostać kredyt od 15-20 tys. zł. tylko w jednym banku, a takie operacje często powtarzano w kilku bankach. Rekordziści potrafili zaciągnąć nawet 8-10 kredytów na ponad kilkaset tysięcy zł; powstały nawet wyspecjalizowane grupy przestępcze, które zajmowały się tego typu procederem. Szacuje się, że takich osób, które zaciągnęły więcej niż kilka kredytów, może być nawet ok. 60 tys. Ten wrzód właśnie zaczyna pękać. Okazuje się, że wartość wszystkich złych kredytów to już kwota około 45 mld zł, z czego 22 mld zł to długi gospodarstw domowych, a 24,5 mld zł to zaległe długi firm. Według KRD wszystkich długów nie tylko tych wobec banków mamy już 85 mld zł. W 2009 r. niespłacone długi wzrosły w porównaniu do roku 2008 aż o 76 proc., zaś wartość niespłaconych długów tylko w III kw. wzrosła o 19 proc., tj. o 3 mld zł, gdy idzie o klientów indywidualnych, i nadal rośnie. Najbardziej zadłużony Polak zalega ze spłatą 80 mln zł. Udział należności zagrożonych w całym portfelu kredytów już w III kw. zbliżył się do 7 proc. Wskaźnik kredytów nieregularnych to już blisko 11 proc. Do banków nie trafia już co czwarta złotówka pożyczona w ramach tzw. szybkich kredytów, jak i co dwudziesta złotówka pożyczona przez gospodarstwa domowe; to samo dotyczy co dziesiątej złotówki pożyczanej przez firmy. Co siódmy Polak już dziś ponad połowę pensji przeznacza na spłatę kredytów. Kumulacja kłopotów z domowymi budżetami następuje głównie na przełomie roku, po okresie świątecznych wydatków. Banki komercyjne będą więc miały w 2010 r. poważne problemy. Jak na razie najprawdopodobniej będą musiały odpisać kolejne 3--4 mld zł w ramach rezerw i odpisów na tzw. zagrożone kredyty. Do tej pory już odpisały około 8 mld zł. Widać więc, że 2010 r. będzie dla banków komercyjnych bardzo trudny. Być może skorzystają na tym polskie SKOK-i. Na razie część tych strat udało się ukrywać poprzez żonglowanie zapisaniami w sprawozdaniach finansowych. Niektóre z banków komercyjnych np. Millenium, muszą uruchomić już nowe emisje i to idące w miliardy złotych. Inne banki komercyjne pożyczają setki milionów euro od EBOR-u, EBI. Przedstawiciele MFW uważają, że czeka nas jeszcze kryzys bankowości, ponieważ banki ukrywają prawdziwe straty. Europa martwi się co będzie z kredytami walutowymi w Europie Śr.-Wsch. Bank Światowy wróży wręcz drugą falę kryzysu w krajach Europy Śr.-Wsch. Według niego skutkiem tego kryzysu będzie niewypłacalność blisko 20 proc gospodarstw domowych, uwikłanych w kredyty hipoteczne i konsumpcyjne, w krajach bałtyckich, Rumunii, Bułgarii, na Węgrzech grozi to 30 proc. gospodarstw. Czy rzeczywiście w Polsce nie ma żadnej groźby podobnych perturbacji? Na razie kredyty hipoteczne spłacamy wyśmienicie, ale gdy idzie o pozostałe – już nie. Bank Światowy uważa, że druga fala kryzysu będzie miała dwa oblicza: będziemy mieli jednocześnie pewne niewielkie falujące oznaki ożywienia oraz rosnącą niewypłacalność gospodarstw domowych, jak i kłopoty finansowe z dostępem do kredytów przez małe i średnie przedsiębiorstwa oraz spadek konsumpcji na kredyt.
Kto ma lepszą szklaną kulę?
Widać więc wyraźnie, że Kowalski ma lepszy barometr i tzw. szklaną kulę niż bankowi analitycy czy sam minister finansów, bo znacznie trafniej ocenia rozwój wypadków, mając przy tym świadomość, że trzeba będzie ograniczyć konsumpcję i pożyczanie w najbliższych latach. Kowalski jest też świadomy, że rośnie, a nie maleje, ryzyko utraty pracy. W listopadzie 2009 r. bezrobocie wzrosło i wyniosło 11,4 proc. W 2010 r. liczba bezrobotnych z pewnością przekroczy 2 mln osób. Planowany przez rząd w 2010 r. średni wzrost płac to zaledwie 1 proc., choć wydaje się, że będzie znacznie gorzej, bo inflacja będzie z pewnością wyższa niż 1 proc., a płace niższe. A przecież Polacy i tak nie zarabiają dużo, choć ceny mamy już prawdziwie europejskie. Polacy mają gorzką świadomość, że wzrosną ceny praktycznie wszystkiego: energii, paliw, lekarstw, żywności, polis samochodowych, ceny opłat lokalnych itd.
Podatki pójdą w górę, ale po wyborach
Wzrosną więc podatki lokalne, opłaty bankowe w bankach komercyjnych; niewykluczone, że w 2010 r. już po wyborach prezydenckich zapadną decyzje o powrocie do trzech stawek PIT, o wprowadzeniu powszechnej podstawowej stawki VAT na poziomie 22 proc., podwyżek akcyzy, składki rentowej. Kreatywnej księgowości, zamiatania pod dywan, cerowania naprędce kolejnych dziur budżetowych nie da się kontynuować w nieskończoność. Deficyt budżetowy na przyszły rok rzędu 52 mld zł jest czysto wirtualny, ten prawdziwy wyniesie ok. 90-100 mld. zł. W końcu tego roku faktury resortów ponownie są rolowane na przyszły rok. Do tego MF będzie musiał oddać z tytułu zwrotu akcyzy za energię elektryczną od 6,5-10 mld zł, choć unika tego jak ognia. Jest już przecież w tej sprawie wyrok Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości. Jak twierdzą pesymiści, ZUS-owi pod koniec roku może zabraknąć nie 5,5 mld zł, ale nawet 9 mld zł. Szpitale zapisują dziś na zabiegi dopiero za 3-4 miesiące, a na niektóre – bardziej skomplikowane – dopiero na połowę 2011 r. W grudniu nadal nie mamy gotowego budżetu NFZ-u na 2010 r. Trwają prace nad obniżeniem zasiłku pogrzebowego – jakby tu oszczędności wynosiły krocie. Kowalski dobrze wie, że polski fiskus nie zamierza zgodzić się na to, by polski przedsiębiorca odliczał VAT od samochodów osobowych oraz kupowanego do nich paliwa, co przecież jest ewidentnie sprzeczne z wydanym w tej sprawie wyrokiem Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości. MF i MZ nie zgadzają się też, by Polacy mogli swobodnie korzystać z leczenia za granicą. Polacy kupili w tym roku o 20 proc. mniej samochodów, wzięli też na nie o 25 proc. mniej kredytów. Budżet i NFZ przestają częściowo refinansować zakupy sprzętu ortopedycznego i wózków inwalidzkich dla niepełnosprawnych. Ceny cukru, kakao na świecie wzrosły o 70 proc., mleka w proszku o 50 proc. W tym roku w Polsce wzrosły już ceny prawie wszystkiego. Wzrost cen żywności ruszy dopiero po świętach, z początkiem Nowego Roku. Od początku tego roku ceny serów żółtych wzrosły o 25 proc., ceny masła o 30 proc. Wzrosły ceny warzyw, owoców; podrożeją z pewnością kawa i herbata oraz papierosy. Ceny prądu, dostarczanego przez niemiecki RWE i szwedzki Vatenfall w ciągu ostatnich dwóch lat wzrosły od 63-70 proc. i nadal będą rosły w 2010 r. Jest to tym bardziej groźne, że polski sąd wydał ostatnio wyrok, że zarówno RWE, jak i Vattenfall nie muszą zgłaszać taryf cenowych do zatwierdzenia; teoretycznie mogą więc ustalać ceny, jakie chcą. Podrożeje olej napędowy, benzyna, autogaz, przejazdy, opłaty na autostradach. Już wkrótce samorządy podniosą nam podatki od nieruchomości oraz podatek od wywozu śmieci.
A w kieszeni coraz bardziej pusto
Już dziś aż 86 proc. Polaków ma sporadyczne problemy finansowe. Co gorsze, aż 46 proc. ma takie problemy bardzo często. O słabości naszych polskich portfeli i oszczędności świadczy fakt, że blisko 70 proc. Polaków miałoby poważny problem, gdyby nagle musiało zdobyć kwotę 1 tys. euro na niespodziewane wydatki. Z pewnością dynamika konsumpcji prywatnej spadnie w 2010 r., co pewnie negatywnie odbije się na wzroście PKB.
Błogi letarg trwa w najlepsze
Nasi rodacy w komercyjnych mediach słyszą, że już po kryzysie. Minister finansów zapewnia, że ominęły nas zarówno kryzys, jak i recesja, że teraz naszą gospodarkę czeka jedynie nieustające pasmo sukcesów. Uspokaja opinię publiczną, że mamy silny, dobrze zaprojektowany i stabilny budżet, a plan oszczędnościowy jest właśnie przygotowywany. Lukrowany obraz polskich fundamentów gospodarczych i podobno będący pod pełną kontrolą stan finansów publicznych mają nas podtrzymać na duchu, utrwalić błogi letarg. Każdy z nas chciałby witać Nowy Rok i siadać do Wigilijnej Wieczerzy z nadzieją na wzrost gospodarczy, poprawę koniunktury, podwyżkę wynagrodzeń. Chcielibyśmy nie odczuwać ryzyka utraty pracy czy konieczności obniżenia standardów życiowych. To przecież normalne. Pamiętajmy jednak, że życie na kredyt kiedyś się kończy, a zamiatanie pod dywan, blefowanie i żonglowanie wskaźnikami wcześniej czy później wyjdzie na jaw. Irlandczycy, Litwini, Łotysze czy Grecy też byli przekonywani przez swoje elity i rządy, że jest dobrze, a będzie jeszcze lepiej. Rzeczywistość przerosła najczarniejsze scenariusze. Dziś spekulacja, kreatywna księgowość, gigantyczny PR zastąpiły naszym analitykom i decydentom chłodną analizę i kalkulację. Zaklinanie rzeczywistości zastąpiło zdrowy rozsądek. Europejska poprawność i opinia salonów – polską rację stanu. Opinia rynków zastąpiła rzetelne wyliczenia i szacowanie ryzyka. Nic dziwnego, że zwykły Kowalski zapewnienia o końcu kryzysu traktuje jak ponury żart. Czy zarabiający 2 000 zł brutto, a to blisko 50 proc. Polaków, może czuć bezpieczeństwo ekonomiczne i wiarę w to, że najgorsze już za na nami? Wiara co prawda czyni cuda, ale czy socjotechnika, a właściwie propaganda sukcesu, zastąpi pogłębione analizy i tzw. wczesne ostrzegane o nadchodzącym tsunami czy huraganie Vincent? Czy nadal nie musimy nic robić, bo jest dobrze? Czy mamy dożywotni bilet jazdy na gapę przez kryzys? Niewątpliwie wielu z nas wolałoby być biedniejącym milionerem, niż bogacącym się powoli biedakiem. Po 2009 r. jako nieliczni uzyskaliśmy wzrost PKB w granicach 1-1,5 proc. Przy obecnym spadku PKB w Niemczech czy Francji i naszym rachitycznym wzroście, najprawdopodniej będziemy te dwa kraje, jak i inne kraje europejskie pod względem poziomu zamożności i zarobków, gonić przez 40 lat. Natomiast jeśli chodzi o ceny, to polskie ceny przegoniły już nawet te niemieckie i francuskie. Gdy weźmiemy pod uwagę tempo i skalę zadłużania się, to już wkrótce dogonimy takie kraje, jak Grecja, Islandia czy Irlandia. Mimo, że nasz dług do PKB to zaledwie 55-60 proc., a grecki 112 proc., to skutki społeczne mogą być podobne. Może jednak nie warto martwić się na wyrost tym, co zdarzy się w 2010 r., skoro zgodnie z tym, co zapowiadają wyrocznie i amerykańscy filmowcy, w 2012 r. i tak ma być koniec świata.
Autor jest analitykiem gospodarczym
Czy polski konsument w 2010 r. podtrzyma nasz wzrost gospodarczy, kupując dalej na potęgę? Czy nadal chętnie będzie się zadłużał w tym celu? Czy da radę spłacić to, co już pożyczył? 1,5-mln Polaków ma już dziś z tym bardzo poważny problem. Czy polscy eksporterzy wytrzymają dalsze spekulacyjne umocnienie złotego? Tych pytań i wątpliwości w końcu 2009 r. jest jak widać sporo.
Więcej…
 
Czy Polska utraciła kontrolę nad złotym? PDF Drukuj Email
Analizy
Autor Janusz Szewczak   
Piątek, 27. 11. 2009 16:23
Czy Polska utraciła kontrolę nad złotym?
Czy pozbyliśmy się tej kontroli na własne życzenie, bo nikt się z nami nie liczy, czy też Londyńskie City jest pewne, że nie podejmiemy jako kraj żadnych skutecznych kroków w sprawie kursu złotego? Potężna spekulacja na polskim złotym jest dziś na rękę MF i rządowi oraz bankom inwestycyjnym. Jak to jest, że silna waluta w naszym wypadku oznacza słabe państwo i powszechny brak pieniędzy na wszystko?
Janusz Szewczak – Kto i co tak naprawdę decyduje dziś o sile i słabości polskiego złotego? Polski minister finansów J. V. Rostowski to przecież londyński finansista z brytyjskim paszportem. Najważniejsze zaś decyzje dla polskiego złotego zapadają właśnie w Londyńskim City. Spekulacje na polskim złotym to prawdziwe eldorado, które trwa już od dawna. Zagraniczne banki i instytucje finansowe, które dziś na wielką skalę realizują w Polsce strategię carry trade, czerpią z tego pełnymi garściami. Setki milionów euro, jenów, dolarów czy franków szwajcarskich są dziś bardzo tanio pożyczane zarówno za oceanem, jak i w samej Europie. Tanio, bo to często kredyty na 0,25-0,5 proc., w Japonii na 0,1 proc., a czasami są to kredyty po ujemnej realnej stopie procentowej po to, aby kupić akcje, papiery wartościowe, wysoko oprocentowane obligacje zwłaszcza te w naszym kraju na 6-6,5 proc. lub ulokować te środki na wysoko oprocentowanych rachunkach bankowych. Przypomnijmy, polska stopa redyskontowa to dziś 3,5 proc. z perspektywą jej podwyższenia. Spekulanci kupują akcje, obligacje, surowce, papiery skarbowe; kupują też waluty rynków wschodzących w tym polskiego złotego, by w odpowiednim momencie kasując zyski, znacząco je osłabić. Polska to kraj wśród rynków wschodzących, w którym skutecznie jest realizowana potężna spekulacja walutowa i właśnie strategia carry trade. Jesteśmy prawdziwą dojną krową – ten, kto podłączy się do tego przysłowiowego cycka, może ssać do woli. To polska kura znosząca złote jaja dla tzw. inwestorów krótkoterminowych. Zupełnie bezkarnie pozwala ona odbierać sobie owe złote jaja, często ręka w rękę z polskim fiskusem. Inne kraje z rynków wschodzących wykazują instynkt samozachowawczy i starają się podjąć działania obronne przed praktykami sztucznego wzmacniania ich walut krajowych i ustrzec się przed totalną podatnością na spekulacje. Instrumenty regulacyjne tego typu w 1998 r. wprowadziła Malezja, a w ostatnich miesiącach Brazylia, która wprowadziła 2,5-proc. podatek od kapitału zagranicznego napływającego w ramach spekulacji na jej rynek akcji i obligacji oraz 1,5-proc. podatek od inwestycji spekulacyjnych w ADR-y wyemitowane przez brazylijskie spółki. Władze brazylijskie chcą w ten sposób spowolnić wzrost wartości brazylijskiego reala, który od początku roku wzrósł aż o 36 proc. w stosunku do dolara. Skuteczne działania osłabiające swoje waluty prowadzą również USA, Szwajcaria, UE, Czechy i Rosja – zarówno poprzez swoje banki centralne, jak i poprzez stopy procentowe. Tajwan i Korea Płd. przymierzają się do administracyjnej kontroli przepływu kapitału, żeby przyhamować rozbójników spod znaku carry trade. Carry trade to strategia spekulacyjna polegająca na zadłużaniu się w walucie o niskiej stopie procentowej i walucie słabnącej i lokowaniu uzyskanych środków między innymi w waluty krajów o wysokiej stopie procentowej i walucie wzmacniającej się. Walutę taką dodatkowo pompuje się rekomendacjami, ratingami czy prognozami banków inwestycyjnych często nie mającymi nic wspólnego z prawdziwymi realiami danej gospodarki. Z reguły te hurraoptymistyczne prognozy kryją drugie dno.
Sprzedali euro, wzmocnili złotego
W przeciwieństwie do Brazylii, której MF nie kieruje londyński finansista tak jak u nas w Polsce, nasze MF oraz niektórzy przedstawiciele NBP czy Rady Polityki Pieniężnej często wręcz zachęcają do niektórych działań spekulacyjnych na polskim złotym, np. zapewniając o jego stałym dalszym umacnianiu się w perspektywie wielu miesięcy. Wyrażają często bezkrytyczne zadowolenia z umacniania się polskiego złotego. Polskie MF bardzo aktywnie uczestniczy już od lutego tego roku w tym procederze, a od lata 2009 r. na potęgę wręcz sprzedaje na naszym rynku walutowym unijne euro, jak i wymienia euro w NBP. Łącznie może chodzić nawet o kwotę 27 mld zł po przeliczeniu z euro na złote, które zapisane zostały po stronie dochodów budżetowych. Wszystko po to, by ukryć prawdziwe kłopoty i stan polskich finansów publicznych, a zwłaszcza skalę deficytu sektora finansów publicznych, jak i deficytu budżetu państwa
Chodzi o dług – spekulacja na rękę rządowi
Najważniejszym powodem pompowania złotego przez naszego fiskusa jest jednak chęć obniżenia za wszelką cenę wielkości polskiego zadłużenia, a więc nieprzekroczenia magicznego 55-proc. progu relacji długu publicznego do polskiego PKB w 2010 r. To jest jednak nieuniknione – dług będzie oscylował pod koniec 2010 r. w granicach 60 proc., a więc progu konstytucyjnego. Konsekwencje będą dla polskiego społeczeństwa szokujące i zaskakujące, zaś dla władzy w obliczu wyborów kompromitujące zwłaszcza gdy trzeba będzie wprowadzić drastyczne metody przewidziane przez ustawę o finansach publicznych – podobne do tych, które zostały zastosowane w krajach nadbałtyckich. Z naszymi długami, w tym długiem publicznym Skarbu Państwa jest coraz gorzej – zbliżamy się do kwoty 700 mld zł zadłużenia; mamy ogromny dług zagraniczny rzędu około 200 mld euro, a potrzeby pożyczkowe brutto Polski na 2010 r. to astronomiczna kwota rzędu 203 mld zł. Przypomnijmy, w tym roku ta kwota wynosi 160 mld zł. Z tytułu spłaty zadłużenia w budżecie na 2010 r. zaplanowano kwotę 35 mld zł – to pójdzie na spłatę starego zadłużenia, a będziemy zaciągać nowe. Ten wirtualnie silny złoty – silny spekulacją, a nie stanem naszej gospodarki i stanem finansów publicznych – sztucznie obniża ten 55-proc. czy 60-proc. próg zadłużenia, ale cena tego eksperymentu jest bardzo wysoka, dziś wręcz niebezpieczna dla finansów państwa, jak i obywateli.
Niby wszystko ok
Minister Finansów i rząd tworzą tzw. dobre wrażenie na analitykach i rynkach kapitałowych. Jednak najważniejszy jest PR. Niby wszystko jest pod kontrolą, ale tylko na pozór. To zaś umożliwia MF dalsze pożyczanie, choć coraz drożej. Życie na kredyt trwa w najlepsze. Tyle że zamiatanie pod dywan i zaklinanie rzeczywistości bez wyasygnowania na ratowanie własnej twarzy olbrzymich kwot pochodzących ponownie z UE w 2010 r. może się tym razem nie udać. Ta zabawa w ciuciubabkę z zagranicznymi inwestorami, puszczanie oka czy gra w pokera znaczonymi kartami z niby silnym złotym w rękawie stają się bardzo ryzykowne. To blefowanie z naszej strony jest coraz bardziej widoczne. W 2010 r. nie da się przepuścić unijnych dotacji przez budżet państwa i zapisać wymienione euro na złote po stronie dochodów budżetowych.
Dziura budżetowa będzie gigantyczna
Deficyt budżetu państwa do końca listopada przekroczy 100 proc. zakładanej dziury budżetowej, wycenionej przez ministra finansów na 27 mld zł, a przed nami jeszcze grudzień. Deficyt całego sektora finansów publicznych z pewnością przekroczy 50 mld zł. Po 10 miesiącach 2009 r. deficyt przekroczył już 24 mld zł. Ostatnie dwa miesiące roku to zawsze okres bardzo intensywnych wydatków. To będzie musiało oznaczać dla MF albo dalsze zamiatanie pod dywan, albo zablokowanie prawie wszystkich wydatków resortów pod koniec roku, albo nawet kolejną nowelizację. Na początku listopada na dwa miesiące przed końcem roku nie ma już pieniędzy na dotacje dla FUS. Wydatki zrealizowano w 100 proc. – wydano całe 30 mld zł dotacji budżetowej. To absolutna katastrofa, by mając rzekomo tak silne fundamenty gospodarcze, a w ocenie naszego rządu najlepsze w Europie, na 2 miesiące przed końcem roku zabrakło pieniędzy na renty i emerytury, na które trzeba będzie pożyczać w bankach komercyjnych. Już dziś brakuje pieniędzy w budżecie na wypłatę świadczeń rodzinnych, świadczeń z funduszu alimentacyjnego, na składki ubezpieczeniowe dla bezrobotnych i co najgorsze na obsługę zadłużenia zagranicznego.
Grypa wykończy ZUS i budżet
ZUS dodatkowo może wykończyć epidemia grypy. Jeśli grypa potrwa dłużej, a liczba zachorowań będzie gwałtownie rosła, to ZUS-owi zabraknie również na zasiłki chorobowe jeszcze w tym roku około 200 mln złotych. W 2008 r. całe chorobowe kosztowało ZUS blisko 3 mld zł w okresie głównej fali zachorowań. W drugim półroczu bardzo słabo spływają również środki pomocowe z UE – do września 2009 r. było tego około 7 mld euro, a od września zaledwie 0,2 mld euro. Dodatkowo groźne dla budżetu jest to, że już od 1 XII 2009 r. trzeba będzie wypłacać dopłaty bezpośrednie dla rolników i będzie to dużo większa kwota niż w 2008 r. – wtedy trzeba było zapłacić rolnikom 9 mld zł, a od 1 XII 2009 r. trzeba szykować kwotę rzędu 12,7 mld zł i będzie ją trzeba wypłacać aż do V 2010 r.
Frajerzy płacą więcej
Polski rząd będzie też musiał zapłacić podwyższoną unijną składkę do budżetu UE aż o 1 mld zł wyższą niż przewidywał. Mieliśmy zapłacić 12,3 mld zł, a trzeba będzie wysupłać 13,35 mld zł. UE podwyższyła nam składkę – chcąc być gospodarczym tygrysem Europy choćby papierowym, osiągnęliśmy w 2009 r. wzrost PKB około 1 proc. jako jeden z nielicznych krajów europejskich. Jeśli ktoś osiąga nawet wątpliwe sukcesy, gdy wszyscy inni dołują – musi płacić. Taka zasada obowiązuje w UE. Inni byli nieco bardziej przezorni, a sukces za wszelką cenę i dobry PR, jak widać, kosztują wymierne pieniądze. Teraz MF J. V. Rostowski chce zapłacić podwyższoną składkę do budżetu UE z pieniędzy UE. Musi więc wyrwać MRR E. Bieńkowskiej ów 1 mld zł, na który coraz dłużej czekają polscy przedsiębiorcy i polskie samorządy.
Znikające euro
A zaczyna brakować unijnych pieniędzy. Kreatywna księgować w polskim budżecie i sztuczne pompowanie złotego skutecznie wydrenowały unijne środki z polskiego budżetu. Ci przedsiębiorcy, którzy rok temu wygrali kursy, nadal czekają na dotacje. PARP wypłaciła 11 mln zł z 85 mln zł przyznanych na e-biznes. W ramach programu „Innowacyjna Gospodarka” złożono wnioski na 12 mld zł, a budżet państwa ma na to 5,9 mld zł na ten rok. Wypłaty środków z UE są przesuwane o 2-3 tygodnie, ale bywa też że o 3-4 miesiące np. w przypadku programów operacyjnych „Kapitał ludzki”. Szczególnie zła jest sytuacja w urzędach marszałkowskich i PUP. Środków z UE dla bezrobotnych, chcących założyć własny biznes, jest jak na lekarstwo, a faktury już płyną. MRR ostrzega, że w 2011 r. środków z UE może zabraknąć dla wszystkich chętnych. Tegoroczny deficyt budżetowy zakończymy na poziomie 6,5 a może i 7 proc.; w 2010 r. może być 8-9-proc. deficytem. Blisko 50 proc. Polaków żyje na kredyt, 26 proc. ma zaległości w spłacie swojego zadłużenia i są to kwoty coraz większe – przekraczają 15 mld zł; gospodarstwa domowe mają 400 mln zł długów. Długi szpitali rosną i jest to już kwota ponad 10 mld zł. W 2010 r. liczba bezrobotnych z pewnością przekroczy 2 mln osób – Polacy wrócą z Irlandii, Anglii czy Hiszpanii. Czy wobec tego złoty nadal powinien rosnąć w siłę? Czy są to fakty całkowicie bez znaczenia?
Polski złoty – słomiany tygrys
Jaki więc sens ekonomiczny, jakie wsparcie dla spadającego polskiego eksportu (na razie tylko o 17 proc.), jakie wsparcie dla stanu polskiego zatrudnienia mają działania wzmacniające siłę polskiego złotego poza większymi zyskami dla spekulantów, stosujących strategię carry trade? Kto i co stoi za pompowaniem złotego poza chęcią zachowania twarzy przez naszych decydentów, jak i ukrycia faktu, że polskie finanse publiczne doprowadzono do ruiny? Wszyscy na świecie od USA poprzez Chiny, Szwajcarię, Czechy a nawet UE chcą osłabienia swych walut, by wyrwać się z kryzysu i wzmocnić swój eksport – tylko my Polacy dysponujący jakąś ukrytą krynicą mądrości i umacniający swego złotego dokładamy swoją cegiełkę do działań banków inwestycyjnych i innych spekulantów walutowych. Ten kosztowny błąd w polityce makroekonomicznej widać wyraźnie. Świadczy o tym pozycja w rubryce błędów i opuszczeń w polskim bilansie obrotów płatniczych, który za 2008 r. pokazuje realny odpływ z kraju za granicę aż 41 mld zł, wcześniej wymienionych na walutę. Przez ostatnie 5 lat wypłynęło w ten sposób z Polski 221 mld zł, czyli około 55 mld euro. Nic dziwnego, że na wszystko brakuje nam dzisiaj pieniędzy. Polski złoty już dawno przestał reagować na cokolwiek poza czystą spekulacją, przestał reagować zarówno na słowne interwencje przedstawicieli polskich władz NBP czy RPP, a tym bardziej na istotne nawet publikacje danych i wskaźników, jak i zdarzenia polityczne najwyższej rangi. Przestał także ostatnio reagować na notowania eurodolara. Sprężynę polskiego złotego skutecznie poruszają dziś jedynie stosunkowo niewielkie, bo 50-100 mln dolarów lub euro w formie zleceń dużych spekulantów walutowych, płynących z Londynu czy Nowego Jorku. Jako kraj i obywatele zdani jesteśmy na łaskę i niełaskę krótkich pozycji walutowych banków inwestycyjnych czy skutki wymiany walut związków z transakcjami prywatyzacyjnymi, które i tak obsługują w Polsce te same banki inwestycyjne, które stosują carry trade, czyli Goldmann Sachs, BOA, HSBC itp. Żadna kompromitacja nawet z datą przyjęcia euro w 2012 r. nie wpływa znacząco na kurs polskiego złotego, a przecież powinna. Nie wpływają negatywnie na kurs złotego ani fiasko prywatyzacji GPW czy polskiego przedsiębiorstwa energetycznego, jakim jest Enea w tym roku, ani zapowiedzi zmian w systemie emerytalnym, ani nawet afera hazardowa. Według ministra finansów J. V. Rostowskiego afera hazardowa może się nawet przyczynić do umocnienia polskiego złotego. Nie wpływają negatywnie, bo nie my o tym decydujemy. To nie polskie MF czy NBP rozdają tutaj karty. Złoty się umacnia, a państwo, gospodarka, finanse publiczne są coraz słabsze. Minister finansów i minister gospodarki powtarzają nam w kółko, że jest super, więc tak naprawdę o co nam chodzi.
Spekulant prawdę Ci powie
I choć Goldmann Sachs i BOA zaklinają się, że absolutnie nie spekulują naszą walutą, nie przedstawiają prognoz złotego, to właśnie Goldmann Sachs bank inwestycyjny na koniec grudnia 2010 r. zapowiedział euro po 3,54 zł, a BOA szarżuje i przepowiada euro po 2,65 zł. Tylko bardzo naiwni mogą w to uwierzyć – to te same banki, które jeszcze parę miesięcy temu przedstawiały najczarniejsze scenariusze dotyczące polskiego złotego i polskiej gospodarki. Im bardziej zaprzeczają, tym bardziej to robią i czają się do wielkiego skoku. Prezes Goldmann Sachs ostatnio przepraszał świat za błędne decyzje i przyczynienie się do światowego kryzysu. Może więc powinni nam również zwrócić uzyskane zyski na spekulacji na polskim złotym z 2008 r.? Byłby to prawdziwy, sensowny gest. Skoro gospodarz nie pilnuje dojnej krowy, jaką jest polski złoty, doi ją kto tylko zechce. Nawet w dniu Święta Narodowego – 11 listopada, gdy nie działały ani banki w Polsce, ani GPW, ani polska gospodarka, ani tym bardziej polskie MF, odbyła się bardzo agresywna gra na złotym na zagranicznych rynkach, która zakończyła się jego wywindowaniem mocno w górę. Dyrektor zarządzający Goldmann Sachs publicznie poświadczył, że złoty powinien się umacniać do momentu, kiedy objawią się problemy z bezrobociem i deficytem budżetu – wtedy według niego być może polska waluta straci na wartości. Czyżbyśmy nie mieli tych problemów obecnie? Czy prezesowi Goldmann Sachs chodzi o bezrobocie na poziomie 20 proc. i deficyt na poziomie 100 mld zł? Oby nie wykrakał.
NBP też dał się nabrać
Według strażników polskiej waluty wahania złotego o 15-20 groszy w ciągu tygodnia to normalka. W niebotyczną siłę polskiego złotego wierzą analitycy zagranicznych banków działających w Polsce, głównie z powodu rzekomo większej skłonności inwestorów do ryzyka. Należałoby mówić raczej o skłonności do szybkiego zysku i to bez ryzyka. Dlaczego zagranica tak bardzo wierzy w siłę polskiego złotego mimo bardzo niepokojących wieści dotyczących finansów publicznych, polskiego zadłużenia, deficytu budżetowego, spadku eksportu czy rosnącego deficytu w ZUS-ie? Czy to wyraz sympatii i taryfy ulgowej dla nas Polaków? Czy przysłowiowa gra w durnia i tzw. łowienie leszczy? Temu zawrotowi głowy i zachwytowi nad polskim złotym uległ ostatnio niestety prezes NBP. Najpierw zadeklarował, że żaden bank centralny nie publikuje prognoz walutowych i że rynki walutowe są mało przewidywalne, po czym ogłosił, że może się nasilić presja na aprecjację złotego. Tak, być może Panie Prezesie, jeśli zagranicy starczy jeszcze paliwa i nie odtrąbi odwrotu od złotego, a z naszej strony nadal nikt nic w tej materii nie będzie robił. My jak dzieci cieszymy się z umocnienia złotego – naszych ministrów rozpiera wręcz duma z tego tytułu. Zobaczymy, jak zachowa się kurs złotego po wymianie przez Eureko olbrzymiego prezentu, jaki spółka otrzymała od polskiego rządu, a więc około 7,6 mld zł, gdy zacznie je wymieniać na złote. Może to się zdarzyć już pod koniec tego tygodnia.
Czy znowu nas wyroluje?
Polski złoty już dawno oderwał się, panowie analitycy, od jakichkolwiek fundamentów czy stanu polskich finansów publicznych, bo te dawno nie były w tak złym stanie, jak obecnie. Prognozowanie, że kurs złotego do euro za rok będzie wynosił 2,56 czy 3,50 jest funta kłaków nie warte. Równie dobrze można przepowiadać, że będzie to 5,50. Wieszczenie stałego umacniania się złotego przez polskich polityków i przedstawicieli władzy oraz zagraniczne banki inwestycyjne to raczej propaganda, a nie analiza. Zanim coś się osłabi, często się wzmacnia – zwłaszcza będąc na dopingu. Im mocniej coś wystrzeli w górę, tym gwałtowniej spadnie – to też są proste prawdy. Tylko tych prawd jakoś nie serwuje się Polakom, nie wspominając o edukacji ekonomicznej. Zaskoczenie więc rodaków co do kondycji stabilności polskiego złotego może być już na początku 2010 r. ogromne, a to tylko potwierdzałoby trafność starego porzekadła: „czy to przysłowie każdy Polak sobie kupi, że i przed szkodą i po szkodzie głupi”.
Autor jest niezależnym analitykiem gospodarczym
Czy pozbyliśmy się tej kontroli na własne życzenie, bo nikt się z nami nie liczy, czy też Londyńskie City jest pewne, że nie podejmiemy jako kraj żadnych skutecznych kroków w sprawie kursu złotego? Potężna spekulacja na polskim złotym jest dziś na rękę MF i rządowi oraz bankom inwestycyjnym. Jak to jest, że silna waluta w naszym wypadku oznacza słabe państwo i powszechny brak pieniędzy na wszystko?
Więcej…
 
<< Początek < Poprzednia 11 12 13 14 15 16 17 18 19 Następna > Ostatnie >>

Strona 17 z 19

Mamy wrażenie, że burmistrz Piaseczna
Józef Zalewski jest obrażony na mieszkańców Józefosławia, bo na niego nie głosowali -  mówi jedna z mieszkanek osiedla przy
ul. Wenus. Nic nie chce dla nas zrobić – dodaje - Drogi nie wyremontowane, zabić się można na tych dziurach. Ciągle spotykamy się
z lekceważeniem, odmowami, brakiem zainteresowania ze strony burmistrza. Jesteśmy już zdesperowani a nasza gehenna trwa od ośmiu miesięcy i końca nie widać.
Nic nie chce dla nas zrobić – dodaje - Drogi nie wyremontowane, zabić się można na tych dziurach. Ciągle spotykamy się z lekceważeniem, odmowami, brakiem zainteresowania ze strony burmistrza. Jesteśmy już zdesperowani a nasza gehenna trwa od ośmiu miesięcy i końca nie widać.
Czytaj więcej

Jedną z istotnych dat w historii współczesnego kryzysu jest 15 września 2008 r., kiedy doszło do upadłości jednego z największych banków inwestycyjnych – Lehman Brothers. Czytaj więcej

Balansują na granicy bezpieczeństwa i wytrzymałości własnego sprzętu. Bowiem właśnie wtedy adrenaliny jest najwięcej. Nie ma żadnego strachu, liczy się tylko wynik. Czytaj więcej

Porcelana Lenoxa znajduje się w ponad 300 ambasadach amerykańskich i licznych rezydencjach rządowych. Projekty manufaktury weszły do kolekcji Meropolitan Museum of Art w Nowym Jorku. Czytaj więcej