|
Wiele wskazuje na to, że rok 2010 będzie okresem wielu zmian, zwłaszcza na rynku walutowym.
Niezaprzeczalnym faktem jest to, że w minionym roku byliśmy liderem Europy. Dzięki osłabieniu złotego udało nam się zaktywizować eksport, a duży udział popytu wewnętrznego i brak poważniejszych problemów w sektorze bankowym (poza feralną aferą z opcjami walutowymi) sprawiły, że wpływ światowych wydarzeń na polską gospodarkę okazał się dość ograniczony. To, że nam się udało, nie powinno jednak zmniejszać czujności rządzących, bo najbliższe 2-3 lata będą bardzo trudne.
Widmo węgierskiego scenariusza W najgorszym przypadku czeka nas scenariusz węgierski, czyli potężny wzrost zadłużenia, będący wynikiem poważnych problemów w finansach publicznych. Trzeba sobie powiedzieć prawdę: w okresie prosperity lat 2004-2007 nie zrobiliśmy wiele w kwestii istotnych reform, gdyż to wymaga szerokiego politycznego porozumienia, do którego wciąż nasi rządzący i my sami nie jesteśmy zdolni. W efekcie dopiero teraz resort finansów przygotowuje projekt tzw. reguły wydatkowej, która sama w sobie powinna być nieodzowną charakterystyką modelu finansów publicznych. Tak czy inaczej, rządzący staną w najbliższym czasie przed sporym dylematem. Założony na 2010 r. deficyt budżetu ma być dwukrotnie wyższy niż w 2009 r., a minister Jacek Rostowski przy każdej okazji zaklina się, że nie dojdzie przy tym do naruszenia konstytucyjnego progu 55 proc. długu publicznego do PKB, co mogłoby nas wpędzić w poważne problemy. Czy się uda?
Mała szansa w prywatyzacji W dużej mierze tegoroczne wpływy zależą od prywatyzacji, która ma w tym roku przynieść 20-30 mld zł za sprawą sprzedaży wielu państwowych tuzów. Problem w tym, że manewr ten może się nie udać, zważywszy, że większość zagranicznych koncernów nie otrząsnęła się jeszcze z kryzysu i może nie być skłonna rywalizować o udziały w polskich firmach. A te przecież niejednokrotnie wymagają sporego dofinansowania. To duże ryzyko, co na pewno dostrzegą zagraniczni inwestorzy, wymuszając większe premie za ryzyko inwestowania w naszym kraju. Ponadto, ewentualna eskalacja problemów Grecji może sprawić, że fundusze zaczną omijać peryferyjne kraje Europy. Wzrośnie też ryzyko inwestycji na emerging-markets, a to może sprawić, że polskie aktywa zaczną być niedoważane.
Słaby okres dla złotego Co to wszystko będzie oznaczać dla kursu złotego? Przede wszystkim to, że powinniśmy zapomnieć o szybkim spadku euro poniżej 4 zł w ciągu kilkunastu najbliższych tygodni. Jeszcze w styczniu notowania wspólnej waluty mogą sięgnąć poziomu 4,15-4,20 zł, aby do marca wzrosnąć w okolice 4,40 zł. Na to nałoży się też oczekiwana przeze mnie korekta na globalnych rynkach akcji. Lepsza dla złotego może być druga połowa roku, chociaż generalnie rok 2010 będzie okresem dużych zmian na rynkach. W efekcie ewentualnego, ale nieznacznego naruszenia poziomu 4 zł za euro, można będzie się spodziewać dopiero w końcu 2010 r. I to głównie przy wydatnym wsparciu resortu finansów, który będzie sprzedawał waluty w celu zbicia kursu EUR/ PLN tak, aby wycena naszego zagranicznego zadłużenia była jak najniższa. Jeszcze większą zmiennością niż euro w tym roku może charakteryzować się dolar. Wydaje się, że pierwsze półrocze będzie należeć właśnie do tej waluty – oczekiwania na podwyżkę stóp procentowych przez FED i eskalacja problemów wokół Grecji będą ciągnąć w dół kurs EUR/ USD na rynkach światowych – nawet w okolice 1,30. Może to zaowocować zwyżką USD/ PLN do 3,30-3,40. W II półroczu na powrót znajdziemy się jednak poniżej bariery 3 zł. Autor jest analitykiem DM BOŚ SA
 |