|
Dylematy racjonalnego inwestora |
|
|
|
|
Giełdy światowe
|
|
Autor Bartosz Stawiarski
|
|
Czwartek, 29. 04. 2010 15:00 |
W ciągu zaledwie roku zdecydowana większość indeksów, akcji i surowców podskoczyła o 100, 200 i więcej procent. Odwilż w kryzysie jest faktem, ale jak na giełdy ma patrzeć inwestor racjonalnie ważący pozytywy i negatywy?
Globalny front medialny od ponad roku skutecznie hipnotyzuje świat wizją szybkiej i krótkiej recesji typu V, zapominając o nadal nie spłaconych długach z kilku poprzednich dekad konsumpcji na gigantyczny kredyt. Ostentacyjną ignorancję złych doniesień obserwujemy z nastaniem bieżącego roku. Euforycznie kurczowe trzymanie się lansowanej wizji nawrotu boomu pozwala zmarginalizować fakt bankructwa państw europejskich, grożący rozpadem europejskiej unii monetarnej. Nikt nie pamięta traumy sprzed 9 lat wywołanej bankructwem Argentyny, chociaż jej dług wynosił wówczas „zaledwie” 100 mld dol. Ówczesny deficyt budżetowy tamtego kraju wynosił 6,4 proc. PKB wobec dwukrotnie większego obecnie w przypadku Grecji. Nie ma racji bytu zagrożenie ze strony Chin, gdzie pęcznieje gigantyczna bańka i mnożą się wielkie straty wskutek miliardów utopionych w złych inwestycjach. Fatalna sytuacja obrazowana 14-proc. deficytem panuje w Irlandii, stawianej do niedawna za wzór. Okazało się, że Zielony Tygrys padł pod ciężarem dźwigni i ryzyka, jakie stały u progu jego wątpliwego sukcesu. Dalej w kolejce ze swoimi problemami stoją: Hiszpania, Portugalia, Włochy…
Słabe efekty gry na spadek Skutek jest taki, że podbudowana choćby najtwardszymi przesłankami fundamentalnymi gra na spadek cen przynosi na razie mizerne efekty. Inwestor, który nie został ogłupiony medialnym szumem wokół miliardów zarobionych na dzikiej spekulacji przez sektor finansowy, czy też zachwytami nad chińską potęgą (przypominającą coraz bardziej żelbetowy wieżowiec na wątłych glinianych dźwigarach) zmuszony jest stosować jedno z dwóch podejść. Albo posiadając pozycje krótkie ustawiać zamykające zlecenia obronne typu stop, albo przy dużym kapitale powiększać obstawianie spadków po systematycznie wyższych poziomach. Ta druga strategia zarezerwowana jest naprawdę dla odważnych i graniczy z kaskaderstwem, mimo wszelkich racjonalnych przesłanek. Z drugiej strony potencjalna przyszła nagroda może być olbrzymia, w razie gdyby rynki wreszcie stoczyły się w dawno zasłużoną otchłań. Wówczas stan posiadania inwestora-niedźwiedzia w szybkim tempie przyrośnie wykładniczo. Oba podejścia mają silne umocowanie w niemałej części makroekonomicznych doniesień.
Dane mówią same za siebie Póki co, od wielu tygodni upór prowzrostowego obozu jest olbrzymi. Nie wiadomo, czy ów wyczyn podziwiać, czy się łapać za głowę. Tak wielkiego wykupienia rynków obrazowanego przez podstawowe wskaźniki analizy technicznej nie widziano nawet u schyłku rekordowej hossy w 2007 r. Dla przykładu, przytoczmy kilka wymownych odczytów. Oscylator RSI liczony dla 14 impulsów wstecz w przypadku tygodniowego wykresu S&P 500 pokazuje już 73, a dla Nasdaq100 jest to niewidziane od czasów bańki dotcomów 76. Giełdowy obraz Wielkiej Brytanii, przybitej wielkim stosem długów i zmagającej się z pękniętą bańką w segmencie nieruchomości, jest groteskowo sielankowy: wskaźnikowi FTSE100 do rekordów hossy sprzed ponad 2 lat brakuje niecałych 20 proc. Podobnie jest w przypadku pogrążonych w długotrwałej zapaści Węgier. Gigantycznie rozdęte zostały wyceny na wielu rynkach wschodzących, m.in. Brazylii, Turcji czy Meksyku – to jest pochodną spekulacji w segmencie surowców. Irracjonalne paradoksy w wycenach się mnożą, sprężyna się napięła do niewyobrażalnych rozmiarów. Narzędziami technicznymi dysponuje każdy, a jednak nadal pokutuje strategia dalszego pompowania cen ryzykownych aktywów.
Przybliżające się widmo zapaści Jednakże istnieją również niszowe wskaźniki sentymentu rynkowego, niepublikowane przez większość mediów, którym wzrosty są wygodne. Indeksy te są skonstruowane w ten sposób, że ich odczyty należy interpretować kontrariańsko, tj. przeciwnie do zachowania samego rynku. Najprościej tłumacząc tę ideę: sprzedawaj podczas euforii wieńczącej długie wzrosty, a kupuj w chwilach wymuszonej paniki zwiastującej koniec bessy. Jednym z takich cennych indeksów jest odczyt ankiety Investors Intelligence, obrazujący sentyment graczy wobec rynku akcji w USA. Jest to miara liczona jako różnica bądź iloraz pomiędzy odsetkiem optymistów i pesymistów. Najnowszy odczyt sprzed tygodnia pokazał aż 53 proc. „byków” przy zaledwie 17 proc. spadkowo ukierunkowanych „niedźwiedzi”. Z ilorazem przekraczającym 3 optymizm jest bliski bezwzględnych rekordów, co stanowi łakomy kąsek dla wspomnianych kontrarian. Wszelkie granice euforii przebił współczynnik Equity Put/Call Ratio, wyliczany w oparciu o wolumeny zanotowane na opcjach sprzedaży i kupna, opiewających na akcje. Zniżkował on do absolutnie najniższego w notowanej historii terytorium poniżej 0,5 (u szczytu hossy w 2007 r. zaledwie okazjonalnie schodził w rejon 0,6). Dociekliwych inwestorów zachęcam do dokładniejszego zapoznania się z tematem na stronie www.market-harmonics.com – zapewniam, że włos się na głowie może zjeżyć. Rynki siedzą teraz na beczce prochu.
Zmierzch spekulacji Jak więc widać, rynki kapitałowe sobie, a makroekonomia sobie. Naukowy skutek uboczny obserwowanych patologii jest taki, że gładkie i poczytne teorie opisujące ułożony i spokojny świat ekonomii i finansów legły w gruzach. I tak oto teorię racjonalnych oczekiwań zastąpiła teoria i praktyka nieracjonalnych ocen, natomiast hipoteza rynku efektywnego stała się empirycznie potwierdzoną hipotezą rynku defektywnego. Wszystko to zmierza ku rozwiązaniom bardzo niepomyślnym, przy których niedawne traumy mogą się jawić jako epizodyczny i delikatny wstęp. Spekulanci i manipulanci górą… do czasu. Tylko czy musi dojść aż do niekontrolowanych rozruchów i wielkich destabilizacji, aby wreszcie zaprowadzono odpowiedzialność wśród śmietanki bezkarnych miliarderów, sponsorowanych przez władze monetarne na koszt społeczeństw? Autor jest analitykiem Wealth Solutions
 |
|
Dodatek Specjalny
|